Prezes Międzynarodowego Biura Inwestycyjnego Roman Matys pisze o reakcji Polski na decyzję Lwowskiej Rady Obwodowej, która ogłosiła rok 2027 rokiem Romana Szuchewycza, UPA i Ołeha Olżycza, o pamięci o Wołyniu i o dwóch drogach, między którymi wybierają dziś Ukraina i Polska.

Dwudziestego października Lwowska Rada Obwodowa ogłosiła rok 2027 rokiem Romana Szuchewycza, UPA i Ołeha Olżycza. Powód jest prosty: obaj urodzili się w 1907 roku, w przyszłym roku skończyliby po sto dwadzieścia lat. Za UPA i Szuchewyczem głosowało 54 radnych.
Jak zareagowała Polska
Dalej wszystko potoczyło się według scenariusza, który już znamy. Minister obrony narodowej Władysław Kosiniak-Kamysz nazwał decyzję niedopuszczalną. Radosław Sikorski podpisał wniosek o wpisanie inicjatora, radnego Swiatosława Szeremety, na listę osób niepożądanych w Polsce i zapowiedział rozszerzenie zakazu na całą strefę Schengen. Donald Tusk powiedział, że takie decyzje szkodzą Ukrainie. Wiceminister spraw zagranicznych Marcin Bosacki publicznie poinformował, że otrzymał od otoczenia prezydenta Zełenskiego zapewnienie: decyzja nie wejdzie w życie. Prezydent Wrocławia wyraził głęboki sprzeciw, polscy dziennikarze zaczęli obdzwaniać miasta partnerskie Lwowa. Równolegle rozeszła się wiadomość o rzekomo wstrzymanym pakiecie pomocy wojskowej, którą polskie MON potem zdementowało.
Pamiętam, że Lwowska Rada Obwodowa ogłaszała lata Szuchewycza także w 2006 i 2017 roku. Wtedy nikt w Warszawie nie wpisywał radnych na czarne listy.
W maju było tak samo. Prezydent nadał Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” imię Bohaterów UPA. Polskie MSZ oceniło to „jednoznacznie negatywnie”, a prezydent Karol Nawrocki zapowiedział odebranie Zełenskiemu Orderu Orła Białego i stwierdził, że czczenie UPA stawia pod znakiem zapytania naszą drogę do UE. Jednostka, która codziennie walczy z Rosją, otrzymała honorowe imię, a sąsiednie państwo w odpowiedzi grozi odebraniem orderu naszemu prezydentowi.
Wołyń i pamięć
Rozumiem, że dla Polaków UPA oznacza przede wszystkim Wołyń. Sikorski powiedział to uczciwie: dla Ukraińców UPA kojarzy się z oporem wobec Moskwy, dla Polaków z tragedią wołyńską. Wołyń powinien pozostać tam, gdzie jest jego miejsce: w historii, w pamięci i w modlitwie za ofiary po obu stronach. Robienie z niego argumentu w dzisiejszej polityce oznacza ponowne krzywdzenie tych, którzy wtedy zginęli.
Kto stoi między Polską a Rosją
Jest jednak rzecz, którą polscy przyjaciele powinni usłyszeć. Dziś możecie oburzać się nazwą jednostki czy uchwałą rady obwodowej, występować w telewizji, podpisywać wnioski i grozić odbieraniem orderów. Robicie to w spokojnej Warszawie, a nie w okopach pod Rzeszowem i nie w rosyjskich obozach filtracyjnych. Tak jest dlatego, że między wami a Rosją stoją Ukraińcy. Ci sami, którzy czczą Szuchewycza i żołnierzy UPA i uczą się od nich uporu. Dla ukraińskiego żołnierza UPA to ludzie, którzy latami walczyli z Moskwą bez państwa, bez sojuszników i prawie bez szans, i nie złożyli broni. Ten przykład pomaga naszym chłopakom utrzymać front, który dziś broni także Polski.
Dwie drogi
Stąd dwie drogi.
Pierwsza. Każda strona uznaje prawo drugiej do czczenia swoich bohaterów. Polacy czczą Armię Krajową, choć w Sahryniu Ukraińcy pamiętają ją inaczej, a my nie żądamy zmiany nazw polskich ulic. Przestajemy ustalać, kto miał więcej racji osiemdziesiąt lat temu. Oddajemy cześć niewinnym ofiarom po obu stronach, doprowadzamy do końca ekshumacje, stawiamy krzyże tam, gdzie ich wciąż nie ma. Żyjemy według formuły, którą polscy biskupi w 1965 roku napisali do niemieckich: przebaczamy i prosimy o przebaczenie. I dodajemy od siebie: pamiętamy, by nie powtórzyć. Tak zachowują się dorośli sąsiedzi, którzy mają wspólnego wroga i wspólną przyszłość w Europie.
Druga droga jest odwrotna. Nadal liczymy nazwy ulic, czarne listy i odbierane ordery, a w Moskwie tymczasem cieszą się z każdego takiego nagłówka. Wtedy pytanie brzmi tylko, kiedy putinowski but stanie na polskiej ziemi i kiedy znów będzie ona przyjmować ciała polskich obywateli. Historia Polski wie, jak to jest, gdy sąsiedzi się kłócą, a imperium czeka.
Co powinna zrobić strona ukraińska
Teraz o nas. Zaapelowałbym do strony ukraińskiej, a przede wszystkim do moich krajan na Lwowszczyźnie, by przez jakiś czas powstrzymali się od decyzji w drażliwych sprawach, dopóki relacje z Polską nie staną na nogi. Szuchewycz nie stanie się przez to mniejszym bohaterem. Pamięć żyje w szkołach, książkach, rodzinach, w naszywkach na mundurach i nie potrzebuje do tego corocznej uchwały rady obwodowej, przyjętej bez żadnej myśli o konsekwencjach. Umiejętność wyboru właściwego momentu też jest częścią mądrości.
Nie uginamy się. Ale na głowę wejść sobie nie damy.