Prezes Międzynarodowego Biura Inwestycyjnego Roman Matys zestawia felieton szefa Kärcher Hartmuta Jennera w Euronews z tekstem „Rzeczpospolitej” o chińskim AGD na rynku UE i wyjaśnia, dlaczego deindustrializacja Europy daje Ukrainie szansę na powrót do logiki strategii „Obwód lwowski — Fabryka Europy”.

W ciągu kilku dni dwie europejskie redakcje napisały o tym samym, tylko z różnych stron. 31 października Euronews opublikował felieton Hartmuta Jennera, który od 2001 roku kieruje niemiecką firmą Kärcher. 2 listopada „Rzeczpospolita” wyszła z tekstem o tym, jak chiński sprzęt AGD wypiera polski z rynku UE. Pierwszy tekst napisał szef dużego rodzinnego eksportera, drugi dziennikarz ekonomiczny. Wniosek w obu jest ten sam: produkcja w Europie opłaca się coraz mniej, a fabryki zaczynają szukać, dokąd się przenieść.
Od ponad 25 lat zajmuję się inwestycjami i dla mnie te dwa teksty są sygnałem dla Ukrainy. Najpierw o tym, co w nich jest.
Sztorm, który widzi eksporter: felieton Hartmuta Jennera
Kärcher zna każdy, kto mył samochód myjką ciśnieniową. Firmę założono w 1935 roku w Winnenden pod Stuttgartem i nadal należy do rodziny. W zeszłym roku obroty wyniosły prawie 3,5 mld euro, z czego 86% Kärcher zarobił za granicą. Zatrudnia około 17 tysięcy osób i działa w 87 krajach. Taki biznes odczuwa światowy handel na własnej sprzedaży, więc warto słuchać jego szefa.
Jenner pisze, że Europa i Niemcy znalazły się w „idealnym sztormie”. USA grożą cłami, a ich kolejnych kroków nie da się przewidzieć. Chiny dawno wyszły poza tanią produkcję i dziś agresywnie konkurują technologią. Pomagają im subsydia państwowe, korzystny dla eksportu kurs juana i nadwyżki mocy produkcyjnych, które trzeba gdzieś sprzedać. W takich warunkach uczciwa konkurencja dla prywatnej firmy jest, jak pisze Jenner, prawie niemożliwa.
Najostrzejszy fragment dotyczy deindustrializacji. Jenner podkreśla, że dzieje się ona już teraz: fabryki motoryzacji i budowy maszyn w Niemczech zamykają się albo wyjeżdżają. Prognozę wzrostu niemieckiej gospodarki o 1,3% nazywa „pożyczoną”, bo napędzają ją dług publiczny, wydatki obronne i dotacje, a prywatnych inwestycji jest w niej mało. Nowe zakłady w Niemczech i Europie przy obecnych kosztach pracy i energii ledwo się zwracają.
Część winy Jenner przypisuje samej Europie: zmęczeniu reformami i regulacjom płynącym z Brukseli i Berlina. Jego recepta jest prosta. Ograniczyć sprawozdawczość i dokumentację, a urzędy zamienić w szybki serwis wykorzystujący sztuczną inteligencję. Obniżyć ceny energii i pozapłacowe koszty pracy. Zwiększyć liczbę przepracowanych godzin dzięki zachętom do nadgodzin, elastycznemu czasowi pracy i łatwiejszemu zatrudnianiu specjalistów, bo demografia nie zostawia wyboru. I prowadzić twardą politykę handlową UE wobec tych, którzy łamią zasady.
Kończy zdaniem, które zapamiętałem: kto odpoczywa, ten rdzewieje, i dotyczy to gospodarek tak samo jak ludzi.
Pralka za 150 euro: chińskie AGD na rynku UE
Tekst „Rzeczpospolitej” pokazuje, jak ten sztorm wygląda w jednej konkretnej branży. Od stycznia do lipca tego roku Chiny wwiozły do UE ponad 26,5 mln sztuk sprzętu AGD, o 12,1% więcej niż rok wcześniej, za ponad 3,2 mld euro. Chiński udział w rynku europejskim przekroczył 38%. Polski eksport w tym samym czasie spadł do 9,1 mln sztuk, a w wartości o 6%, do nieco ponad 2 mld euro. Udział Polski zmniejszył się do 13,2%.
Jeszcze kilka lat temu to Polska była głównym dostawcą AGD do Europy. W kraju działa 30 fabryk dużego AGD, w tym pięć zakładów Electrolux, a także Amica, BSH i Beko. Razem z dostawcami branża daje pracę ponad 100 tysiącom ludzi, a ta liczba maleje.
W całej UE produkcja dużego AGD spadła w ciągu pięciu lat o 22%. W zeszłym roku w Europie zamknięto pięć fabryk. Hiszpańskiego producenta kupiła chińska Midea, francuski zbankrutował.
Przyczynę najlepiej tłumaczy jedno porównanie, które przytaczają importerzy. Chińska pralka kosztuje około 150 euro, turecka około 220, polska około 270.
Polscy producenci wskazują te same przyczyny co Jenner. Chiny świadomie wspierają eksport ulgami podatkowymi, doradztwem i logistyką. Najpierw chińskie fabryki produkowały dla europejskich marek, potem zaczęły promować własne. Europejski zakład płaci w tym czasie za politykę klimatyczną, drogą energię, transport i nowe regulacje, a słaby popyt nie pozwala przerzucić tych kosztów na cenę.
Szefowie Amiki, Beko, BSH, Electrolux i stowarzyszenia branżowego APPLiA proszą Brukselę o ochronę. Główny postulat dotyczy granicznego podatku węglowego CBAM. Projekt Komisji Europejskiej obejmuje tylko pralki, lodówki i suszarki, czyli około 47% polskiej produkcji dużego AGD. Branża chce dopisać zmywarki (Polska produkuje 60% wszystkich zmywarek w UE), piekarniki, kuchenki, okapy i płyty grzewcze. Producenci proszą też o surowszą kontrolę importu pod kątem bezpieczeństwa i efektywności energetycznej oraz o zachęty do kupowania europejskiego sprzętu wysokiej klasy energetycznej. Polski rząd zrezygnował nawet z programu dopłat do wymiany starego sprzętu, choć w Niemczech, jak mówią przedstawiciele branży, sektor udaje się utrzymać mimo drogiej pracy.
Sama „Rzeczpospolita” przyznaje niewygodną rzecz: nawet jeśli CBAM obejmie całą branżę, chińskie urządzenie zdrożeje tylko o 2–3 euro. Różnicy 120 euro na pralce to nie zamknie.
Co łączy te dwie historie
Jeśli zestawić oba teksty, obraz robi się dość wyraźny.
Europejska produkcja jest ściśnięta z dwóch stron. Z zewnątrz naciskają chiński eksport wspierany przez państwo i nieprzewidywalna polityka handlowa USA. Od środka naciskają droga energia, droga praca, brak ludzi i regulacje, które co roku dokładają kosztów. Europa odpowiada ochroną: mówi o „Made in Europe”, rozszerza CBAM, obiecuje ostrzejszą kontrolę importu. Sama ochrona nie wyrówna jednak ceny pralki i uczciwie przyznają to nawet ci, którzy o nią proszą.
Firmy w tym czasie robią to, co zawsze: liczą. Kärcher, Electrolux czy Amica nie mogą czekać, aż Bruksela i Berlin dogadają się w sprawie reform. Jeśli nowa hala w Niemczech czy Polsce się nie zwraca, firma poszuka miejsca, gdzie się zwróci. Najlepiej tak, żeby produkt pozostał „europejski” i nie wpadł pod nowe cła.
Logika „Fabryki Europy” wróciła
Właśnie pod taką sytuację pisaliśmy kiedyś strategię „Obwód lwowski — Fabryka Europy”. W latach 2016–2021 kierowałem departamentem polityki inwestycyjnej Lwowskiej Obwodowej Administracji Państwowej. Strategię napisałem sam, a realizowaliśmy ją z zespołem zbudowanym od zera. Pomysł był prosty. Europejskim producentom drogo jest pracować u siebie, a wożenie towaru z Azji trwa długo i niesie ryzyko. Potrzebują więc miejsca blisko rynku UE, gdzie produkcja jest tańsza, logistyka krótka, a ludzie potrafią i chcą pracować. Ta logika przyniosła obwodowi lwowskiemu prawie miliard dolarów bezpośrednich inwestycji zagranicznych i około 75 tysięcy miejsc pracy.
Teksty Jennera i „Rzeczpospolitej” pokazują, że ta logika znów jest bardzo aktualna. Europejskie koszty wzrosły jeszcze bardziej. Łańcuchy dostaw z Azji stały się ryzykiem politycznym. A polskie AGD, które kiedyś samo wygrało ceną z zachodnioeuropejskim, teraz przegrywa z chińskim. Producenci potrzebują miejsca między drogą Europą a dalekimi Chinami. Grzech z tego nie skorzystać.
Gdzie Ukraina może wygrać inwestora
Inwestor, który przyjdzie od Kärcher czy Electrolux, będzie liczył to samo, co liczy Jenner. Spojrzy na koszt energii, na podatki, na to, ile czasu zajmują pozwolenia i sprawozdania, i oczywiście uwzględni wojnę. Części tych warunków nie zmienimy. Ale podatki i biurokracja są całkowicie w naszych rękach.
Wystarczy przyłożyć listę Jennera do Ukrainy. Ograniczyć sprawozdawczość i kontrole. Wydawać pozwolenia w kilka tygodni. Dać nowym zakładom reżim podatkowy lepszy niż w Polsce, Rumunii czy na Słowacji, z którymi konkurujemy o te same fabryki. Zrobić z państwa serwis dla inwestora i zdążyć z tym, zanim Berlin spełni postulaty Jennera.
Takie zmiany będą działać także na rzecz ludzi. Wielu Ukraińców stoi dziś przy taśmach w Polsce, Czechach czy Niemczech. Jeśli w Ukrainie pojawią się zakłady z lepszymi podatkami i mniejszą biurokracją niż w UE, płace mogą zbliżyć się do europejskich. Wtedy ci ludzie będą mieli mocny powód, by wrócić do domu i pracować w takiej samej fabryce, tylko pod Lwowem czy Łuckiem.
Polski przykład jest tu nawet budujący. Sąsiedzi też płacą za drogą energię, a ich rząd nie spieszy się z pomocą nawet własnym producentom. Kiedy inwestor porównuje kilka krajów, rozstrzygają często szybkość i przewidywalność decyzji. Te możemy zmienić sami, bez żadnych warunków z zewnątrz.
Przypomnienie dla Kijowa i Brukseli
Jest jeszcze jedna rzecz, o której warto przypomnieć. Europa już zdecydowała, że będzie chronić to, co wyprodukowano w Europie, a zasady tej ochrony powstają właśnie teraz: zakres CBAM, kryteria „Made in Europe”, programy wspierania popytu. Dobrze by było, gdyby w Kijowie i Brukseli pamiętano, że produkty ukraińskich fabryk pracujących na rynek europejski też są europejskie. Jeśli zasady zostaną przyjęte bez tego, zmienić je później będzie dużo trudniej.
Polska już przegrywa europejski rynek o 120 euro różnicy w cenie pralki. Fabryki, które będą szukać nowego miejsca, w najbliższych latach je znajdą. Chcę, żeby część z nich stanęła w obwodzie lwowskim, na Wołyniu czy na Zakarpaciu.
Roman Matys — prezes Międzynarodowego Biura Inwestycyjnego, autor strategii „Obwód lwowski — Fabryka Europy”. W latach 2016–2021 kierował departamentem polityki inwestycyjnej Lwowskiej Obwodowej Administracji Państwowej.
Najczęstsze pytania
Według szefa Kärcher Hartmuta Jennera nowe zakłady w Europie ledwo się zwracają z powodu drogiej energii, wysokich kosztów pracy, braku pracowników i nadmiernej sprawozdawczości. Z zewnątrz naciskają subsydiowany chiński eksport i cła USA.
Według „Rzeczpospolitej” od stycznia do lipca 2026 roku Chiny wwiozły do UE ponad 26,5 mln sztuk AGD, a ich udział w rynku przekroczył 38%. Polski eksport spadł do 9,1 mln sztuk, a udział Polski do 13,2%.
Nawet jeśli CBAM obejmie całe AGD, chińskie urządzenie zdrożeje tylko o 2–3 euro. Różnica w cenie pralki między Chinami (około 150 euro) a Polską (około 270 euro) wynosi około 120 euro, więc podatek jej nie zamknie.
To strategia inwestycyjna, którą Roman Matys napisał i realizował w latach 2016–2021 jako dyrektor departamentu polityki inwestycyjnej Lwowskiej OAP. Oferowała europejskim producentom miejsce blisko rynku UE i przyniosła obwodowi lwowskiemu prawie miliard dolarów inwestycji zagranicznych oraz około 75 tysięcy miejsc pracy.
Ograniczyć sprawozdawczość i kontrole, wydawać pozwolenia w kilka tygodni, dać nowym zakładom reżim podatkowy lepszy niż w Polsce, Rumunii czy na Słowacji, zrobić z państwa serwis dla inwestora i zadbać, by w zasadach CBAM i „Made in Europe” produkty ukraińskich fabryk uznawano za europejskie.
