Prezes Międzynarodowego Biura Inwestycyjnego Roman Matys analizuje raport NASK o tym, jak media społecznościowe reagują na dezinformację, wyjaśnia, dlaczego platformom nie opłaca się usuwać fałszywych treści, i przekonuje, że Ukraina powinna dołączyć do budowanej przez Polskę europejskiej koalicji przeciwko dezinformacji.

Przez pół roku polski państwowy instytut NASK wysyłał platformom społecznościowym zgłoszenia dotyczące dezinformacji. Ponad 65 tysięcy zgłoszeń. 76% z nich pozostało bez żadnej reakcji, usunięto zaledwie 7%. Serwis X z 60 tysięcy zgłoszeń usunął mniej niż półtora tysiąca wpisów.
Można szukać wyjaśnień technicznych. Ja widzę ekonomiczne.
Dlaczego platformy nie usuwają fałszywek
Model biznesowy mediów społecznościowych jest prosty: im dłużej patrzysz w ekran, tym więcej reklam ci pokażą. A najdłużej zatrzymujemy się przy tym, co nas straszy, złości albo kłóci z sąsiadem. Algorytm niczego się nie wstydzi, po prostu liczy. Zmyślony wpis o „Ukraińcu-mordercy” zbiera więcej komentarzy niż policyjne sprostowanie, a platforma na tym zarabia.
Nie twierdzę, że ktoś w Dolinie Krzemowej pisze rosyjskie wrzutki. Nie musi. Wystarczy, że szybkość rozprzestrzeniania się treści jest dla nich ważniejsza niż prawda. Moderator, który zna polski czy ukraiński i rozumie lokalny kontekst, kosztuje. Niesprawdzony wpis przynosi pieniądze. Wyboru dokonano dawno.
Kto płaci za dezinformację
Dalej mamy klasyczny schemat, opisany przez ekonomistów jeszcze w czasach fabrycznych kominów nad rzeką. Fabryka bierze zysk, a rzekę czyści społeczność. Tutaj jest tak samo. Firma zarabia na naszej aktywności, a rachunek za skutki dostają państwa: analitycy ręcznie śledzą tysiące kont, służby wyłapują sieci botów, szkoły uczą dzieci rozpoznawać fałszywe informacje. Zysk zabrały platformy, a nam zostawiły podziały, nieufność i wrogość między sąsiadami.
Wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski nazwał platformy cichym sojusznikiem Kremla i zagroził karami sięgającymi dziesiątek milionów, a nawet blokadą. Sceptycy mają rację w jednym: o wyłączaniu platform mówił już rok temu, a bez ustawy te groźby pozostaną słowami. Prawdziwa dźwignia pojawi się dopiero po podpisie prezydenta pod ustawą, którą obecnie zajmuje się Sejm. Jeśli podpisu nie będzie, korporacje nadal będą traktować Polskę jak rynek, na którym nie trzeba się spieszyć.
Co to oznacza dla Ukrainy
Dla nas to bezpośredni temat. Wśród treści, które NASK wykrył i nie zdołał usunąć, są wygenerowane przez sztuczną inteligencję profile „polskich żołnierzy” szerzące antyukraińską propagandę. Każdy taki bot pracuje dla Rosji za darmo. Uderza w relacje polsko-ukraińskie, w naszych ludzi w Polsce, a w końcu w klimat inwestycyjny, bo inwestor nie przyjdzie tam, gdzie sąsiedzi uczą się nawzajem nienawidzić.
Dlatego jestem za twardym podejściem. Chcesz zarabiać w Polsce czy na Ukrainie, utrzymuj moderację, która rozumie język, odpowiadaj na wnioski państwa w ciągu godzin i płać, gdy je ignorujesz. Kiedyś fabryki zmuszono do montowania filtrów. Platformy też je zamontują, gdy tylko kara stanie się droższa niż fałszywka.
Polska buduje teraz europejską koalicję przeciwko dezinformacji. Ukraina powinna szukać w niej swojego miejsca już dziś. Jeśli koalicja powstanie bez nas, zasady dla naszej przestrzeni informacyjnej napiszą inni.
